Sklep z biżuterią nieszlachetną
środa, 19 sierpnia 2009

"Tatiana i Aleksander" to ciąg dalszy losów bohaterów "Jeźdźca miedzianego" - tragicznej pary Tatiany i Aleksandra, pary młodych ludzi, którzy kochają zbyt mocno i przeżyli tak wiele. By poznać ich losy przeczytałam ponad 1200 stron w trzy dni, wypłakałam morze łez [tak, tak - niestety], skończyłam i osłupiałam. To już? Tak się to kończy? Nagle, w jednej chwili puszczają kajdany, Tatiana i Aleksander zostają wolni i wszyscy żyją długo i szczęśliwie? Dziwnie nie umiałam się cieszyć, że już po wszystkim, a i bohaterowie nie okazywali radości. Jakby bezmiar cierpienia i prób, które były ich udziałem nie pozostawił w nich nic, jedynie ulgę, że już po wszystkim.

Trochę później pojawiło mi się w głowie podejrzenie, że Paullina Simons nie potrafi pisać o szczęściu. Jedyny okres, w którego opisie mogłaby obalić tą teorię, przedstawiła jako niekończącą się orgię. Tym był miesiąc miodowy Tatii i Aleksandra. Pewnie to miała być beztroska jedynego szczęśliwego miesiąca, ale wypadło to blado i płytko nabierając barw dopiero gdy zbliżało się rozstanie, a więc kolejne cierpienie.

Podchodzę do pisania recenzji z tej książki już po raz drugi i wcale nie jestem przekonana, czy tym razem mi się uda. Przeczytałam tą grubą dość książkę w zaledwie dwa dni i nie mam o niej absolutnie nic do powiedzenia. To książka, którą się chłonie, której daje się porwać i której się nie analizuje. Czytałam gdzieś, że zrobienie sobie przerwy w czytaniu i myślenie o tej książce całkowicie psuje magię jej czytania.

"Jeździec miedziany" to historia Tatiany i Aleksandra. Ona, młodziutka Rosjanka, drobna, niepozorna, jednak posiadająca wielką siłę. On, Amerykanin ukrywający się za rosyjskim nazwiskiem, oficer Armii Czerwonej, którego rodzice przywieźli do Rosji w wieku lat czternastu. Ona nigdy nie interesowała się chłopcami, on miał dziewczyn tak dużo, że nie pamięta nawet ich imion. Spotykają się pewnego pięknego dnia - pierwszego dnia wojny dla Rosji. Ona siedzi na ławce na przystanku jedząc lody i podśpiewując pod nosem, gdy wokół trwa chaos, on przystaje oczarowany jej spokojem i beztroską. Ich oczy spotykają się i odtąd należą już do siebie. Nie mogą żyć bez siebie, nie mogą być ze sobą.

Nie wiem dlaczego zawsze poruszały mnie takie postacie - dobre i szlachetne, pełne dobrych intencji, zapału, młode, a jednak zmuszone do walki przeciw całemu światu. Takie, które im bardziej się poświęcają, tym mniej dostają, a tym wiecej kłód rzuca im los pod nogi. Takimi postaciami są właśnie Tatiana i Aleksander, którzy przecież nie pragną wiele - odrobiny prywatności, spokoju i możliwości bycia z osobą, którą kochają. Pragną tego tak bardzo, a świat nie zamierza im na to pozwolić. Rodzina, przeszłość Aleksandra, wojna, ale i zwykłe ludzkie niezrozumienie - wszystko to stoi im na drodze. Często sami siebie okradają z cennych chwil razem nie potrafiąc się porozumieć, wątpiąc.

Ta książka to pozycja ze wszech miar tragiczna. Pozytywnych akcentów, chwil szczęścia jest w niej jak na lekarstwo. Są tylko małymi promykami słońca przebijającymi się przez chmury i przy nich trzeba się ogrzać, wyciągnąć z nich całe ciepło i uśmiech, żeby starczyło go do następnego promyka. Tak samo jak Tatiana i Aleksander czytelnik musi żyć tymi drobinami szczęścia i nadzieją, żeby przetrwać do końca książki, który wcale nie przynosi ukojenia. Wszystkim czytającym "Jeźdźca miedzianego" proponuję mieć pod ręką już czekającą kontynuację "Tatiana i Aleksander".


"Jeźdźcem miedzianym" wypełniłam wymogi czytelniczego kolorowego wyzwania, ale nie będę jeszcze go podsumowywać. Mam nadzieję, że dorzucę jeszcze jakieś pozycje to wyzwaniowego stosiku.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Pierwsze moje spotkanie z tą książką było absolutnie nieudane – wydawała mi się nieciekawa. Jednak czytając entuzjastyczne recenzje na innych blogach postanowiłam dać jej drugą szansę i włączyłam ją do swoich lektur wyzwaniowych, mimo iż nie było tej pozycji na mojej orginalnej liście. Od pierwszej strony spotkało mnie pozytywne zaskoczenie – negatywne odczucia, które miałam czytając ją po raz pierwszy zniknęły i wciągnął mnie klimat Whistle Stop. Okazało się, że jest to doskonała lektura na wakacje pod gruszą, kiedy odcinamy się od internetu i telewizji i żyjemy po trosze w nierealnym świecie odcięci od ogólnoświatowych klęsk i kataklizmów.

Główną bohaterką jest Evelyn Couch – kobieta dochodząca pięćdziesiątki, którą pewnego dnia spostrzegła, że ma dość swojego życia i samej siebie. Życie, które dotychczas wiodła wydaje jej się puste, do nikąd nie prowadzące, nie dostarczające jej ani satysfakcji, ani spełnienia. W momencie, w którym ją poznajemy cierpi na bezsenność i zajada swoje zmartwienia słodyczami, jest cały czas zła i często płacze. Pewnego dnia podczas odwiedzin u swojej teściowej w domu spokojnej starości Rose Terrace poznaje Niny Threadgoode, jedną z rezydentek, która zdecydowanie różni się od innych mieszkańców domu. Pozytywna, wiecznie młoda starsza pani woli mówić niż słuchać i nie pytając się nawet Evelyn o zdanie zaczyna jej opowiadać przeróżne historie ze swojego obecnego życia oraz dawnych czasów. I tak przed oczami Evelyn – początkowo niechętnej, ale również naszymi powoli rodzi się obraz małej, kolejowej miejscowości, której życie kręci się wokół kawiarni prowadzonej przez Idgie i Ruth oraz rodziny Threadgoodów. Podróż w czasy młodości Ninny stopniowo pomaga Evelyn, której towarzyszymy w życiowej przemianie.

Chociaż wątek Evelyn wydaje się być wątkiem głównym opowieści rolę pierwszoplanową gra tutaj Whistle Stop i jego mieszkańcy. Poznajemy ich w trakcie opowiadań Ninny często najpierw poznając wydarzenia późniejsze, przed wcześniejszymi. Co dla mnie jest dziwne – polubiłam wszystkich, bez wyjątku mieszkańców miasteczka. Czy sprawił to sposób narracji, sentyment bijący ze słów Ninny – nie wiem. Może mieszkańcy Whistle Stop byli, co do jednego dobrymi ludźmi? Na pewno nie byli ludźmi nudnymi. Choć Whistle Stop to małe miasteczko pełne jest ciekawych postaci i ciągle coś się w nim dzieje. Małe rzeczy urastają do rangi wielkich i takie same stają się dla czytelnika.

Oczywiście w Whistle Stop nie wszystko jest piękne i dobre. Mamy tu uprzedzenia rasowe, śmierć i choroby, oraz zwykłe ludzkie dramaty, ale jakimś sposobem tu nawet Ku Klux Klan wydaje się być bohaterem pozytywnym. Jest coś takiego w tej książce, że każde zło obraca się na dobro, każdy bandyta i złoczyńca ma tak naprawdę dobre serce, tragedie i straty nie bolą tak, jak bołałyby gdzie indziej. Zwykli ludzie okazują się bohaterami, kalectwo zamiast dyskwalifikować okazuje się dawać przewagę, dzieci kochają rodziców i odwrotnie, rodziny są szczęśliwe i nawet na Wielki Kryzys znajduje się lekarstwo.

Jest coś niesamowicie urokliwego w miasteczku, jego mieszkańcach i toczącym się tam życiu. Upadek i zmiany w Whistle Stop napawają smutkiem, przywołują wspomnienia z dzieciństwa i tęsknotę za dawno nie odwiedzanymi miejscami, pierwszymi przyjaźniami, beztroskimi wakacjami.

Nie śmiałam się przy tej książce w głos, łzy nie stawały mi w oczach, ale przez całą lekturę uśmiech nie schodził mi z warg. I tego mi właśnie było potrzeba, więc jeśli ktoś potrzebuje odskoczni od codzienności, nostalgicznej wycieczki w przeszłości i odrobiny nierealności to zdecydowanie powinien sięgnąć po „Smażone, zielone pomidory”.


Czytając po sobie dwie tak podobne książki jak "Smażone zielone pomidory" oraz "Trzynasty miesiąc poziomkowy" trudno nie zacząć porównywać ze sobą obu pozycji. Mi osobiście bardziej do gustu przypadła ta pierwsza, mimo iż Siesicką bardzo lubię, a klimat małych amerykańskich miasteczek z połowy zeszłego wieku nigdy nie był mi bliski. Jest coś takiego w sposobie pisania Flagg, co magnetyzuje i przyciąga, podczas gdy Siesicka stworzyła średnio ciekawy światek zapełniony średnio ciekawymi postaciami, w którym na dobrą sprawę nic się nie dzieje.

niedziela, 02 sierpnia 2009

Obejrzałam ostatnio dwa filmy z gatunku łatwych, lekkich i przyjemnych. W czwartek wybraliśmy się w końcu z mężem na Harrego Pottera, na którego, jako fani serii, bardzo chcieliśmy iść, a dziś... ups - wczoraj obejrzeliśmy "Duchy moich byłych".

Kolejna z części przygów Harry'ego Pottera - "Harry Potter i Książe Półkrwi" odbiega znacznie od poprzedniczek. Wyraźnie widać, że skończył się dla bohaterów czas szczenięcych wygłupów i zabawy w ratowanie świata. Nie można już liczyć na łut szczęścia i sytuacja robi się poważna. Mrocznie, strasznie i ponuro zrobiło się w historii o czarodzieju wybrańcu i chociaż zdarzyło mi się na filmie zaśmiać [choćby podczas akcji z ptaszkami] nieliczne pozytywne akcenty takie jak właśnie uświadamiane sobie miłości głównych bohaterów ledwo dawały się zauważyć. Atmosfera magicznego pikniku obecna w pozostałych dotychczas wyprodukowanych częściach zniknęła, ale podobnie jest w literackim pierwowzorze, więc nie można z tego czynić zarzutu. Można natomiast to uczynić, jeśli chodzi o moment zdobywania Hogwartu przez śmierciożerców. Tragedia. W książce szkoła upada po długiej i heroicznej walce. W filmie - nikt nawet nie reaguje na obecność śmierciożerców w budynku i jego demolowanie.

Kolejny film - "Duchy moich byłych" to zabawna komedia romantyczna z całkiem niezłą rolą Matthew McConaughey'a. Aktor zazwyczaj grający pozytywnych bohaterów tu miał szansę zagrać bezdusznego [oczywiście pozornie] drania i podrywacza i szło mu to absolutnie przekonywująco. Jak to w podobnych filmach bywa od samego początku można się było domyślić zakończenia, ale mimo tego z przyjemnością towarzyszyłam głównemu bohaterowi z podróży rodem z Opowieści Wigilijnej, w którą zabrał go dawno nieżyjący wuj, oraz duchy trzech kobiet.

sobota, 01 sierpnia 2009

Oto moja pierwsza lektura i pierwsza recenzja do Kolorowego czytania - Trzynasty miesiąc poziomkowy. Ktoś zwrócił mi uwagę, że poziomkowy, to tak naprawdę nie kolor i chociaż w książce oczywiście nie o kolor chodziło, to dyskwalifikowanie jej byłoby ze wszech miar niesprawiedliwe, skoro kolorowatości srebrnego, czy choćby miedzianego nikt nie podważa.

Wybrałam do wyzwania książkę Siesickiej, bo mam do niej sentyment. Na pewno nie ja jedna zaczytywałam się w jej książkach, ryzykowałam burę od mamy czytając po nocach "jezioro osobliwości" czy "Zapałkę na zakręcie", więc chyba nie muszę tłumaczyć, że w książkach pani Krystyny jest to coś. Coś, co mimo iż są skierowane głównie do młodzieży, sprawia, że można je czytać w każdym wieku i niejednokrotnie.

"- Skąd wy macie poziomki w listopadzie? - zapytała.

- U nas, proszę pani, poziomki serwuje się przez cały rok. Dla naszych poziomek nie ma żadnego listopada, prosze pani. W naszym kalendarzy, proszę pani, jest zawsze trzynasty miesiąc poziomkowy."

"Trzynasty miesiąc poziomkowy" opowiada o losach kilku znajomych spotykających się w "Przydrożnym barku" - ostoi spokoju, bezpieczeństwa, miejscu, gdzie nie wszystko jest realne i gdzie każdy czuje się jak w domu. Poznajemy tu Petrę, która ledwo wiąże koniec z końcem, a w barku wystawia swoje - niezbyt dobre - grafiki. Spotykamy Izabelę pisarkę i jej siostrę Mirę - aktorkę charakterystyczną, starszego pana, Jaśminę, panią Modestę oraz oczywiście właścicieli barku - Toma i Gustawa.

W "Przydorżnym barku" komentuje się ostatnie wydarzenia, zawiera nowe znajomości, poznaje nowe smaki potraw wyśnionych przez Gustawa. Panuje tu atmosfera akceptacji, dojrzewają miłości. Niewiele się tam dzieje, ale uczuć i myśli jest mnóstwo.

Choć początkowo miałam wrażenie, że książka ta odmienna jest od innych dzieł autorki szybko wczułam się w panującą w niej atmosfere, tempo akcji i cóż... tak jak wszyscy bywalcy barku - poczułam się jak w domu. Każdemu, kto twórczość Siesickiej lubi - polecam.

"- A zatem, proszę pana, zjadłabym naleśniki wegetariańskie, o ile nie są wczorajsze.

- Nigdy w życiu, prosze pani. Wczorajsze naleśniki zostały zjedzone przedwczoraj, a po przedwczorajszych również już nie ma ani śladu. Dziś serwujemy wyłącznie naleśniki jutrzejsze."

sobota, 18 lipca 2009

U Chichiro znalazłam mapkę z zaznaczonymi krajami, z których książki już czytała. Wiedziałam, że taka mapka w moim wykonaniu nie może wyglądać imponująco i miałam rację. Zdecydowanie potrzebuję peryferyjnego wyzwania Padmy, ale postanowiłam sobie nie przystępować do niego dopóki nie skończę kolorowego. Oto moja mapka:

v

Mapka Chichiro tu: klik; pusta mapka do uzupełnienia tu: klik; wyzwania w menu z prawej.

[Wydawnictwo MAG, Warszawa 2008]

"Nóż zrobił już niemal wszystko, co miał do załatwienia w tym domu. Zarówno klinga, jak i rękojeść były mokre.

Drzwi wejściowe wciąż stały otworem, lekko uchylone, tak zostawił je nóż i człowiek, który go trzymał, gdy wśliznęli się do środka."

Zarówno nóż, jak i czlowiek, znaleźli się w domu, o którym mowa, żeby zabić mieszkającąw nim rodzinę. Z życiem cudem uchodzi jedynie mały, półtoraroczny chłopiec, który zbudzony hałasem wychodzi z domu. Chłopiec nie płacze, nie szuka rodziców, bo wie, że włożyliby go spowrotem do łóżeczka. Zamiast tego ciekawy świata wychodzi na dwór. Jest noc, więc nikogo nie ma na ulicach - nikt nie interesuje się maluchem, oprócz mężczyzny, który nie znalazłszy chłopca w domu rusza jego śladem. Niestety, choć wydaje mu się, że idzie w dobrym kierunku nie znajduje chłopca, za którym dotarł aż na stary miejscowy cmentarz.

Co stało się z chłopcem? Rzeczywiście dotarł na cmentarz i być może padł by ofiarą mordercy, gdyby duch jego matki nie poprosił duchów z cmentarza o opiekę nad dzieckiem. Tak chłopiec zyskał nową, wielką rodzinę, rodziców nieżyjących od kilkuset lat i dziwnego opiekuna, kogoś ani żywego, ani martwego, kto zobowiązuje się przynosić jedzenie i inne potrzebne rzeczy. Nazwany Niktem dorasta mieszkając w krypcie, ucząc się znikania, nawiedzania i inynch pożytecznych rzeczy, bawiąc się z duchami zmarłych dzieci i nie zwracając niczyjej uwagi. Wie, że nie wolno opuszczać mu cmentarza, poza którym grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo.

W absolutnie odmiennym stylu Gaiman przedstawia nam historię, którą większość nas zna. Otóż jest strona zła i dobra, i jest wyrocznia, która mówi o narodzeniu się chłopca, który zniszczy potęgę złej strony. Oczywiście próba zamordowania dziecka nic nie daje, a gdy chłopiec dorasta dochodzi do ostatecznego starcia i rozwiązania sprawy zgodnie z przepowiednią. Brzmi znajomo?

Książkę czyta się łatwo, szybko i przyjemnie. Znalazłam w niej zapowiadaną lekkość narracyjną, ale po przeczytaniu jej nadal nie wiem, czym jest wspomniane na okładce mroczne, wręcz jedwabiste poczucie humoru. :)

Miłą niespodzianką było natknięcie się w treści książki na nasz własny rodzimy Kraków:

"W Krakowie na Wzgórzu Wawelskim jest jaskinia zwana Smoczą Jamą, na pamiątkę od dawna nieżyjącego smoka. Wiedzą o niej turyści. Są też jaskinie poniże, o których turyści już nie wiedzą i których nie odwiedzają. Ciągną się bardzo daleko i są zamieszkane."

sobota, 04 lipca 2009

Od paru dni zastanawiam się, czy przyłączyć się do nowych wyzwań z Miasta Książek. Jedno z nich to Kolorowe czytanie, drugie Literatura na peryferiach - oba podlinkowane z lewej, chętnych zapraszam do wizyty.

Ostatnie i zarazem pierwsze moje wyzwaniowe czytanie nie skończyło się sukcesem. Z trzech [a może czterech] wymaganych książek udało mi się przeczytać całą jedną. Na pewno przyczyn tej klęski było wiele. Przede wszystkim na pierwszy ogień poszedł u mnie "Seks w wielkim mieście" - okropna książka, która na pewno nie nastroiła mnie pozytywnie. Po drugie - książek, które chciałam przeczytać nie było w moich bibliotekach. Po trzecie - akurat przeżywałam mały czytelniczy kryzys. Może znalazłby się jeszcze jakiś powód, ale szukać nie będę :P Z powodami, czy bez - nie ukończyłam wyzwania i stąd moje obecne rozterki.

W końcu zdecydowałam się przyłączyć się na razie do jednego z wyzwań - Kolorowego. Przejżałam listę lektur i wybrałam te, które łatwo będzie zdobyć, kryzys czytelniczy minął, a i pisarze przeze mnie wybrani [dwoje z trojga] cieszą się moją sympatią, więc nie powinno być niemiłych zaskoczeń.

Na pierwszy ogień wybrałam:

Krystynę Siesicką i jej "Trzynasty miesiąc poziomkowy", "Jeźdźca miedzianego" Pauliny Simmons oraz Olszakowskiego "Pan Samochodzik i brązowy notes".

Siesicka i Olszakowski to takie moje wakacyjne wycieczki do czasów dzieciństwa kiedy to zaczytywałam się zarówno w książkach pani Krystyny jak i serii o Panu Samochodziku. Brązowego notesu chyba nie czytałam wtedy, a przynajmniej tak mi się wydaje - raczej trzymałam się orginalnej serii Nienackiego. Z kolei "Jeźdźca miedzianego" mam nadzieje pożyczyć od szwagierki [czytasz to? uśmiecham się do ciebie :)]

Wybrałam sobie też z recenzji dwie ekstra pozycje:

Susan Fletchesr " Eve Green" oraz Jojo Moyes "Srebrna zatoka"

Nad wyzwaniem peryferyjnym, które mnie aż tak nie kusi [szczerze mówiąc nie mam pojęcia co miałabym wybrać z listy lektur - moje czytanie do tej pory było mocno ograniczone geograficznie] jeszcze się zastanowię - zobaczę jak mi pójdzie kolorowe. Na szczęście wyzwanie "Literatura na peryferiach" potrwa dłużej i będę mogła się dołączyć za miesiąc lub dwa.

wtorek, 30 czerwca 2009

czyli krwawa masakra na złomowisku. Huk, szczęk żelaza, iskry, hałas... Wyszłam z kina z bólem głowy i poczuciem zmarnowanego czasu. A przecież lubię kino akcji, efektowne pościgi, drogie efekty specjalne... Pierwsza część Transformersów bardzo mi przypadła do gustu, takie połączenie 60 sekund ze Skarbem narodów. Druga część to RoboRambo. Jedna wielka walka.

Zastanawiam się też, czy w pierwszej części główna bohaterka była tak irytująca? Jakoś nie pamiętam. W tej to słodka idiotka z denerwującym głosikiem grana przez niezbyt zdolną aktorkę. Nie wiem jak można ją porównywać do Angeliny Jolie.

Wynudziłam się na tym filmie okrutnie.

poniedziałek, 25 maja 2009

Na zwiedzanie zamku w Starej Lubowni mieliśmy jedyne czterdzieści minut. Z początku wydawało mi się, że to wystarczy, ale jak się okazało zamek jest ogromny i w wyznaczonym czasie udało nam się go jedynie przelecieć pobieżnie. Szybkim marszem od punktu do punktu - a było ich na trasie 15, według wręczonych nam na wstępie mapek z opisem w języku polskim. Na samym wstępie - tuż za bramą - wg opisu na mapce - wysoki barokowy bastion z bramą wejściową - powitał nas taki oto widok:

v

Średnio zachęcający :) choć z drugiej strony - intrygujący. Nie widzieliśmy nigdzie drugiej strony tego kościotrupka, który wyglądał przez okno renesansowej wieży, ale piętro niżej obejrzeliśmy wystawę przedtawiającą historię budowy zamku. Główne okresy widoczne w bryle to gotyk, renesans i barok. Z pierwszego na drugi dziedziniec przez strzelnicę przerobioną na bramie doszliśmy do drugiej ekspozycji - historycznej, przedstawiającej fakty i daty z historii zamku, który powstawać zaczął ok 1307 roku. Z bardziej interesujących, przynajmniej mnie, faktów wyróżnić można podpisanie w tym miejscu paktu pokojowego między Węgrami [Zygmunt Luksemburczyk] i Polską [Władysław Jagiełło] w 1412 roku. W tym samym roku zamek przeszedł w posiadanie króla Polski jako zastaw za pożyczkę. Wraz z nim w skład zastawu weszły też miasto Stara Lubownia, Podoliniec, Gniazda i 13 innych miast spiskich.

Na zamku gościli Jan Olbracht, Jan Kazimierz [w tym okresie na zamku były przechowywane polskie klejnoty koronacyjne], Jan Sobieski. Tu więziony był Maurycy Beniowski - jeden z konfederatów barskich [miał chrapkę na zostanie królem], który zesłany na Kamczatkę, zorganizował ucieczkę skazańców statkiem. Po bardzo długiej podróży dotarł do Francji, gdzie zadziwił swoją historią dwór Ludwika XV. Razem z armią francuską dotarł na Madagaskar, gdzie w końcu ziścił swoje marzenia i został królem. Dziś jedna z ulic Antananarywy nosi jego imię. Beniowski był niewątpliwie ciekawą postacią i sama mam ochotę poczytać o nim trochę więcej, do czego i was zachęcam.

Zamku w Lubowni, podobnie jak całej reszty zastawu, nigdy nie wykupiono z rąk polskich. Ponoć wykup utrudniała strona polska próbując uzyskać maksymalne korzyści. Sprawa nigdy nie została oficjalnie załatwiona i jeszcze na przełomie wieków XIX i XX należał do polskiego rodu Zamoyskich. Po II Wojnie Światowej zamek przejęło państwo.

Natępne na naszej trasie były barokowy zamek [z wystawą cechów i rzemiosła],  zachodni bastion renesansowy, kazamaty [mooookre i ciemne :)]. Po drodze udało nam się spotkać pana z ptakiem - może jastrzębiem - nie wiem:

v

Na końcu wycieczki, czy raczej przebieżki, po zamku dowiedzieliśmy się dokąd zmierzali, ale póki co przeszliśmy przez kolejną bramę do kolejnej sali wystawowej. Pałac gotycki i również gotycka wieża, w której więziono Beniowskiego, pałac barokowy a w nim wystawa mebli historycznych:

v

Piece, kredensy, sekretarzyki i łóżka - jak zwykle dziwnie krótkie. Widać magnateria na Słowacji nie była wcale dużo bardziej okazała wzdłuż od magnaterii polskiej. Wy też zauważyliście, że w tych wszystkich zamkach łóżka są nienaturalnie krótkie? Po obejrzeniu wystawy zorientowaliśmy się, że czasu zostało nam niewiele. Przelecieliśmy przez kaplicę, koło studni i pałacu renesansowego. Jednym zaledwie okiem rzuciliśmy na wystawę poświęconą Zamoyskim i voila - dotarliśmy do dziedzińca, wokół którego na krótkich linkach przywiązane stały ptaki. Część znosiła całe zamieszanie ze stoickim spokojem [najbardziej spokojny i obojętny był ptak czarny, może kruk], a najbardziej wystraszona była sówka. Próbowała nas odgonić sycząc i podskakując. Ja nie miałam serca ich bardziej denerwować, więc mojego autorstwa jest tylko zdjęcie czarnego ptaka.

v

v

v

v

v

v

v

Ten jest zabawny - przypomina mi tego wujka z rodziny Adamsów :)

Na ostatnim mijanym przez nas dziedzińcu znaleźliśmy jeszcze szachy - plansza miała jakieś trzy na trzy metry, a figury koło metra wysokości.

Widoczek z zamku:

v

Niestety mieliśmy mało czasu i nie mogliśmy porobić więcej zdjęć więc na konieć parę fotek ze strony Zamki na Słowacji [klik]:

v

Na dole z prawej jest wejscie z barokowym bastionem [nie wygląda na to, ale musieliśmy się nieźle nawspinać, żeby tam dotrzeć], to kwadratowe obok to wieża renesansowa z kościotrupem i po jej prawej - rondel [patrz niżej]. Ta wysoka okrągła wieża z tyłu to wieża gotycka - miejsce uwięzienia Beniowskiego, po jej prawej ruiny pałacu gotyckiego. Najbardziej w lewo zachodni bastion renesansowy a pod nim kazamaty. Najbardziej w prawo plac, na którym były ptaki, jak również toalety - jedna dla królów i jedna dla królowych jak głosiły rysunki na tabliczkach. Małe, białe, kwadratowe i z czerwonym dachem gdzieś po środku to kaplica.

v

Brama barokowa przez którą wchodziliśmy

v

Tu renesansowa wieża z pierwszą wystawą wewnątrz. A na schodach spotkaliśmy pana z ptakiem :) To półokrągłe i nie zadaszone z tyłu z tą galeryjką to baszta renesansowa zwana rondlem.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26